Klasa magisterska
Ciekawostki
29 października 2009 | 16:05
Niegdyś z końcem obowiązkowej edukacji kojarzył się ostatni rok liceum, zwany również “klasą maturalną”. Klasę najsilniejszą stanowiła klasa średnia, a jedną z najliczniejszych klasa robotnicza. Dziś rosnącą w potęgę warstwą, której w większości przypadków klasy niestety brak, są Panowie i Panie Magister. Co to właściwie za twór, ten polski magister XXI wieku? postanowiliśmy przyjrzeć się z bliska…
Magister zwykł kojarzyć się z nauczycielem. Bo to jeden z zawodów szanowanych i – jak powszechnie wiadomo – wymagających wyższego wykształcenia. Magistrem rzecz jasna będzie też farmaceuta, czy notariusz. Ale żeby magister tańca, zarządzania w sporcie, czy rozrywce i to nie jeden, nie dziesięciu, ale setki? To tylko, proszę Państwa, w IV Rzeczypospolitej Cudownej jest możliwe, która to zresztą Rzeczypospolita – jak tak dalej pójdzie – dostanie tytuł europejskiej fabryki dyplomów. Jakość jednakże owych dyplomowanych jest… różna. Bo czy ta nasza Ojczyzna to faktycznie taki kraj inteligencki, który kształci rok rocznie tysiące absolwentów wszelakich uczelni wyższych? Niestety, codzienność pozwala w to wątpić.
Odzwierciedlenie tego – że tak powiem – przerostu ambicji, widać na rynku pracy. I trudno stwierdzić, co spowodowało ten polski pęd do wiedzy i bezrobocia zarazem. Pewnie wszystkiemu winny ten zły komunizm, ot co! I tak, jako Ci nieszczęśliwi spadkobiercy socjalizmu, musimy dźwigać na plecach nie tylko kulawą służbę zdrowia, garbaty ZUS i trędowate zakłady państwowe, ale również cały ród młodych, (średnio)utalentowanych kujonów-marzycieli! Bogu dzięki, z pomocą biegną nam nasi najwięksi przyjaciele i sojusznicy, z Unią Europejską na czele. A to wezmą co bardziej utalentowanych maturzystów do siebie, a to pozwolą nam kilka rodzynków wykształcić i tuż po studiach zgarną w swoje szeregi i dadzą Magistrom zarobić w euro czy funtach. A to na taśmie produkcyjnej, a to w barze nocnym.. .
Tymczasem u nas do łopaty rąk brakuje, a Paniom Magister nie ma kto kawy parzyć. No chyba że dla Herbaciarek też się otworzy jakąś wyższą szkółkę! W końcu zapotrzebowanie jest! Można by tam wykładać podawanie ciastek, witanie prezesa i czyszczenie filiżanek. Trwałoby 4, 6, 10 semestrów płaconych z góry, ale żeby nie było Moi Drodzy! Poziom trzymać będziemy i zdać egzaminy wcale nie będzie tak łatwo! W końcu Magister od Herbaty to też zawód odpowiedzialny, więc każda sesja poprawkowa ma swoją wartość, którą to nota bene można wyrazić w dolarach, złocie i seksie. Oczywiście, by zwiększyć swoje szanse zatrudnienia można zawsze “dorobić” fakultet, np. … ze sprzątania biura prezesa.
Żarty żartami, jednakże fakty są okrutne. Zapotrzebowania bowiem na tylu absolwentów szkół wyższych nie ma, a uczyć się chce prawie każdy. Co zwiększa szanse wspięcia się na szczyt, a co rokuje pójście na dno? Niestety, większość naszej młodzieży to potencjalni „topielce”, a nie „himalaiści” . Jak się okazuje ilość ukończonych kierunków, wydziałów i semestrów wcale nie jest gwarantem znalezienia lepszej posady. Brakuje bowiem przede wszystkich specjalistów (zwłaszcza inżynierów) oraz osób biegle władających językami obcymi, które ponadto – jeszcze przed obroną – zrobiły pierwsze kroki na ścieżce kariery. I mowa tu nie tylko o posadzie w telecentrum, choć i ta niesie ze sobą cenne doświadczenie.
Polski student niestety nie lubi wolontariatu, więc mając do wyboru pracę niezwiązana ze swoimi ambicjami (za którą otrzyma niewielkie, ale zawsze wynagrodzenie) a posadę w wymarzonej firmie, gdzie jedyne na co może liczyć to referencje – prawie zawsze wybierze to pierwsze. I biorąc pod uwagę otaczające realia, trudno go za to winić czy osądzać. Samą nauką człowiek żyć nie może, zjeść by się czasem przydało, a i prąd zapłacić trzeba, bo podczas sesji światło wyłączą. W takim wypadku to już nic nie pozostanie, tylko się upić i integrować, ewentualnie nowe pokolenie magistrów płodzić, bo przecież po ciemku to się uczyć nie da, a prokreacja zadanie priorytetowe.
Mimo to, już zupełnie na poważnie, szkoda że ludzie młodzi nie przepadają za działalnością w organizacjach ani nie udzielają się w społecznościach lokalnych, bo taki właśnie punkt w CV z całą pewnością zainteresuje potencjalnego pracodawcę, daje sygnał, że kandydat nie tylko ma pasje, ale jest również osobą aktywną, zaangażowaną, która nie boi się dążyć do wyznaczonych celów. No i tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy. Prawda jest bowiem bezwzględna. Tuż po maturze, niewielu osiemnasto- i dziewiętnastolatków ma określony plan na życie. Większość “idzie za tłumem”, który to ślepo pcha się na uczelnie. Bydło dodatkowo zagania starsze pokolenie, które zdaje się nie może przeboleć, iż 20 lat temu o te studia wcale tak łatwo nie było.
Na usta aż ciśnie się słynna sentencja: Ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz. A jak będziesz miał dużo kluczy to co? To zostaniesz… woźnym. I po co nam to wszystko? Może po to, żeby się pochwalić magistrem z klasą… “naszą klasą”…
Natalia Makselon


